HomeWspomnieniaSample Data-Articles

Mediewistyka

Podczas studiów na UJ Janusz Kurtyka zainteresował się szczególnie dziejami Polski w wiekach średnich. Od roku akademickiego 1980/1981 (II rok) studiował w trybie indywidualnego toku zajęć, pod opieką naukową prof. Zbigniewa Perzanowskiego, w którego seminarium uczestniczył. W 1983 r. obronił pracę magisterską „Morawicka linia Toporczyków w XIII do XV w. Studium historyczno-genealogiczne”. Studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym UJ w zakresie historii ze specjalnością nauczycielską ukończył 30 VIII 1983 r. z wynikiem bardzo dobrym. Egzamin magisterski zdawał przed komisją pod przewodnictwem dr hab. Renaty Dutkowej, z udziałem prof. Zbigniewa Perzanowskiego oraz prof. Stanisława Gawędy (recenzent).
W tym samym roku za namową prof. Jerzego Wiśniewskiego (kierownika Zakładu Słownika Historyczno-Geograficznego Ziem Polskich w Średniowieczu Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk) przystąpił do egzaminów wstępnych na studia doktoranckie w Instytucie Historii PAN w Warszawie. Po pomyślnym ich zdaniu rozpoczął pod kierunkiem prof. Antoniego Gąsiorowskiego przygotowywanie dysertacji doktorskiej. W 1985 r. został asystentem w Pracowni Słownika Historyczno-Geograficznego Małopolski w Średniowieczu IH PAN przy ul. Sławkowskiej 17, tj. krakowskiej placówce Zakładu Słownika Historyczno-Geograficznego Ziem Polskich w Średniowieczu, którą w tym czasie kierował dr Franciszek Sikora. W środowisku mediewistycznym Zakład ten uchodził za jedną z najbardziej prestiżowych placówek badawczych. 1 IX 1985 r. objął etat stażysty asystenta, a od 1 IX 1986 r. etat asystenta, a 1 IX 1989 r., po odbyciu dwuletniej zasadniczej służby wojskowej, etat starszego asystenta.
W badaniach mediewistycznych koncentrował się na zagadnieniach genealogicznych (ze szczególnym uwzględnieniem rodu Toporczyków), organizacji osadnictwa (zwłaszcza na pograniczu małopolsko-ruskim), funkcjonowaniu elit społecznych i struktur władzy, a także na problematyce obszarów przygranicznych (głównie ziem wschodnich przedrozbiorowej Rzeczypospolitej). Obok samodzielnej aktywności naukowej brał udział w pracach zespołów badawczych przygotowujących m.in. spisy urzędników małopolskich w średniowieczu oraz spisy urzędników podolskich w epoce jagiellońskiej. Przede wszystkim jednak był współautorem Słownika historyczno-geograficznego województwa krakowskiego w średniowieczu. Zainteresowania genealogiczne przynosiły istotne dokonania w zakresie biografistyki, m.in. w postaci haseł przygotowywanych do kolejnych tomów Polskiego Słownika Biograficznego. W 1995 r. obronił w PAN rozprawę doktorską (wydaną dwa lata później): Tęczyńscy. Studium z dziejów polskiej elity możnowładczej w średniowieczu (Kraków 1997). Promotorem pracy był prof. A. Gąsiorowski, a recenzentami prof. Feliks Kiryk oraz prof. Błażej Śliwiński. Obrona odbyła się po dziesięciu latach pracy w IH PAN, przepisy zaś wymagały przeprowadzenia jej w ciągu ośmiu lat od chwili zatrudnienia. Z tego powodu od 1 IX 1994 r. formalnie pracował na etacie starszego dokumentalisty inżynieryjno-technicznego. Po uzyskaniu tytułu doktorskiego z dniem 1 VII 1995 r. przeszedł na etat adiunkta.
W 2000 r. na podstawie rozprawy Latyfundium tęczyńskie. Dobra i właściciele (XIV–XVII wiek) (Kraków 1999) uzyskał stopień doktora habilitowanego. Przewód habilitacyjny przeprowadził na Wydziale Historii UJ, ponieważ Rada Naukowa IH PAN ze względów formalnych odrzuciła jego wniosek o otwarcie przewodu w PAN. Recenzentami w przewodzie habilitacyjnym na UJ byli prof. Stanisław Szczur, prof. A. Gąsiorowski oraz prof. F. Kiryk. 8 XII 2000 r. Rada Wydziału Historycznego UJ podjęła uchwałę o nadaniu Januszowi Kurtyce stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie historii średniowiecznej, co 25 VI 2001 r. zatwierdziła Centralna Komisja ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych.
W latach 1999–2002 i 2003–2006 był członkiem Rady Naukowej IH PAN. Wziął udział w kilku mediewistycznych międzynarodowych konferencjach naukowych poświęconych europejskiemu rycerstwu i szlachcie, m.in. w Budapeszcie (1996), Leeds (1997), Kalamazoo (1999), Reichenau (2000), Konstancji (2003). Od 1996 r. współpracował z Department of Medieval Studies of Central European University Budapest (w szczególności z prof. Jánosem M. Bakiem).
Po 2000 r. koncentrował swe badania głównie na problematyce ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej. Wydał także ważną syntezę Odrodzone Królestwo. Monarchia Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego w świetle nowszych badań (Kraków 2001), ukazującą ewolucję ustrojową Królestwa Polskiego w latach 1320–1370. Wraz z Waldemarem Bukowskim opracował projekt utworzenia w IH PAN Pracowni Słownika Ziem Ruskich Korony oraz Podola i Wołynia, a także powołania Stacji Naukowej PAN w Kijowie.

Historia najnowsza

Równolegle z pracami mediewistycznymi prowadził badania w zakresie polskiej historii najnowszej. W 1987 r. opublikował w podziemnej „Arce” (nr 18) relację Stanisława Mandeckiego (ps. „Limba”, „Szpak”, „Wanda”) – dowódcy młodzieżowej organizacji konspiracyjnej „Orlęta”, działającej na Podkarpaciu w latach 1947–1949. W 1989 r., jeszcze w drugim obiegu, wydał pierwszą krajową biografię gen. Leopolda Okulickiego ps. „Niedźwiadek”.
Ważną rolę we wprowadzeniu Janusza Kurtyki w to środowisko (jeszcze w latach osiemdziesiątych) odegrał działacz młodzieżowej organizacji „Orlęta” i więzień komunistyczny S. Mandecki. Pozycję wśród kombatantów ugruntowało zaufanie, jakim darzyli Kurtykę ostatni żyjący wybitni działacze WiN: Mieczysław Huchla (ps. „Mieczysław”, „Wacław”, „Wilbik”), Ludwik Kubik (ps. „Alfred”, „Juliusz”, „Lucjan”) oraz Jerzy Woźniak (ps. „Jacek”, „Jerzy”, „Żmija”). Szczególnie jednak ważne było poparcie Andrzeja Zagórskiego (ps. „Mścisław”), żołnierza AK, a następnie jednego z najwybitniejszych dokumentalistów i badaczy dziejów konspiracji niepodległościowej lat 1939–1956. W 1994 r. przekazał on Kurtyce funkcję redaktora naczelnego „Zeszytów Historycznych WiN-u” (periodyku wydawanego od 1992 r. przez Komisję Historyczną Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”; do 1994 r. ukazały się cztery numery, których redaktorem naczelnym był A. Zagórski). Nowy redaktor naczelny uczynił z „Zeszytów” w pełni profesjonalne czasopismo naukowe. Zaangażował do autorskiej współpracy z pismem młodych historyków, którzy w kolejnych latach zaczęli nadawać ton badaniom nad powojenną konspiracją niepodległościową w Polsce.

 

Mateusz Szpytma

Mateusz Szpytma

Najwięcej wymagał od siebie


Janusza Kurtykę poznałem we wrześniu 2000 r., kiedy starałem się o pracę w krakowskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej. Nie wiedziałem wówczas, że spotkałem człowieka, który w tak znaczący i piękny zarazem sposób wpłynie na moje życie.
Do czasu objęcia funkcji dyrektora Oddziału IPN w Krakowie Janusz Kurtyka znany był głównie jako historyk. Jak wspominał kilkakrotnie w rozmowach, w latach młodości bardziej interesowała Go historia najnowsza, świadomie jednak zrezygnował z zajmowania się nią, wiedząc, że nie mógłby w PRL podejmować niektórych tematów ze względu na cenzurę. Zajął się więc badaniem historii Polski wieków średnich i nowożytnych. Odnosił w tym zakresie duże sukcesy, szybko obronił doktorat i uzyskał habilitację. Nie zrezygnował jednak nigdy ze swych zainteresowań historią najnowszą. Jeszcze w drugim obiegu opublikował biografię ostatniego dowódcy Armii Krajowej, generała Leopolda Okulickiego. Swoje zainteresowania tą tematyką kontynuował m.in. jako redaktor naczelny „Zeszytów Historycznych WiN-u”. Jego pozycja w świecie naukowym, zwłaszcza jako mediewisty, była bardzo wysoka. Wszyscy naukowcy, także ci, którzy pozostawali w ostrym sporze z prof. Januszem Kurtyką jako prezesem IPN, z szacunkiem odnosili się do efektów Jego badań. Dla Niego samego były one na tyle istotne, że nie zaprzestał ich nawet wtedy, gdy został szefem IPN i stanęło przed nim wiele państwowych zadań.
Janusz Kurtyka nigdy nie ukrywał, że jest zdecydowanym antykomunistą. Już w czasach „karnawału Solidarności” współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Później działał w NSZZ „Solidarność” Polskiej Akademii Nauk, w której zaczął pracować po ukończeniu studiów.
Po odzyskaniu niepodległości włączył się w działalność społeczną w Krakowie. W 2000 r. otrzymał propozycję objęcia funkcji dyrektora Oddziału IPN w Krakowie. Wahał się, czy ją przyjąć. Nigdy wcześniej nie piastował kierowniczego stanowiska. Ostatecznie dał się przekonać i wyraził zgodę. Mimo niesprzyjających okoliczności Oddział w Krakowie stał się szybko najsprawniej działającym oddziałem IPN w Polsce. W znacznym stopniu ułatwiło to Januszowi Kurtyce zakończone sukcesem starania o objęcie w grudniu 2005 r. funkcji prezesa IPN.
W końcu 2005 r. Janusz Kurtyka zaproponował, abym został Jego asystentem. Znając Jego dotychczasową działalność, przewidywałem, że będzie starał się bezkompromisowo pokazywać prawdę o przeszłości oraz dbać o stan polskiej świadomości historycznej. Nie zawiodłem się. Praca z Nim była bardzo intensywna i niekiedy wyczerpująca, dawała jednak wiele satysfakcji.
Był prawdziwym liderem, choć wiele z jego zachowań było raczej charakterystycznych dla dowódcy wojskowego, a nie prezesa instytucji państwowej. Miał jasno wytyczony cel: opisać i wyjaśnić jak największą cząstkę naszej najnowszej historii, nawet gdyby była ona niewygodna dla wielu osób, a także politycznie dla niego samego. Dużo wymagał od podległych mu dyrektorów oraz zwykłych pracowników. Przede wszystkim wymagał jednak od siebie. Swoje zadania wykonywał profesjonalnie, nie licząc czasu. Jestem Mu bardzo wdzięczny za to, że nigdy nie zmuszał mnie, aby podczas pracy posługiwać się nieprawdą, co w dzisiejszym życiu politycznym nierzadko ma miejsce.
Wspierał mnie we wszystkich moich działaniach naukowych i edukacyjnych. To, że w Polsce oraz na świecie tak wiele osób wie o bohaterstwie rodziny Ulmów ratującej Żydów, to w dużej mierze Jego zasługa. Cieszył się, że badam ten temat, i zachęcił do wydania w IPN dwóch książek na temat Polaków ratujących Żydów. Interesował się także postępami nad teką edukacyjną „Zbrodnia Katyńska”, którą ostatnio pisałem razem z kolegami z Oddziału Krakowskiego. Popierał także idee „Wypraw Akademickich” uczniów i studentów do miejsc kaźni Polaków podczas II wojny światowej. Wielu z nich udzielił swojego patronatu honorowego. Ostatnio wspierał także przygotowania do XVIII Wyprawy, której celem był udział 10 kwietnia 2010 r. w uroczystościach 70. rocznicy zbrodni na polskich oficerach w Katyniu. Miał się z nami spotkać na Polskim Cmentarzu Wojennym… Dzień po śmierci mieliśmy honor oddać Mu hołd na miejscu tragedii w Smoleńsku.
Ufam, że Janusz Kurtyka żyje już w innym, lepszym świecie. O to błagali Boga członkowie „Wyprawy Katyńskiej”, uczestnicząc 12 kwietnia w Wilnie we Mszy Świętej przed obrazem Pana Jezusa Miłosiernego.
Nadal trudno jest jednak uwierzyć, że już nie ma Go na tym świecie. Ciągle mam uczucie, że do mnie zadzwoni, jak zawsze o niespodziewanej porze.



Mateusz Szpytma, ur. 1975, od 2000 r. pracownik Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie, w latach 2005–2008 był asystentem Prezesa, a następnie zastępcą dyrektora Sekretariatu Prezesa IPN.

Jan Żaryn

Jan Żaryn

Mój szef


Zginął kwiat narodu polskiego, pod Smoleńskiem – w miejscu naznaczonym śmiercią tysięcy Polaków. W tym wszystkim, co się stało, trzeba znaleźć właściwy sens; dla każdego z nas, ale także dla narodu. Zginęli bowiem nasi przywódcy, ludzie, których wybraliśmy po to, by służyli sprawie polskiej. Ta służba właśnie – wypełniana na tak różnych polach aktywności społecznej i politycznej – zaprowadziła ich wszystkich do Pana Boga, przez nagłą i niespodziewaną śmierć. W drodze.
Wśród tych wspaniałych Polaków, którzy zginęli w katastrofie lotniczej, było wielu, których znałem, szanowałem i podziwiałem osobiście. Pracowałem z nimi. Z ks. prof. Ryszardem Rumiankiem, rektorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, jako wykładowca akademicki tej uczelni; z prezesem Sławomirem Skrzypkiem, jako przewodniczący Rady Historyków NBP; z Januszem Krupskim, gdy pełnił funkcję pierwszego wiceprezesa IPN, wreszcie y prezesem Januszem Kurtyką. Poznałem go bliżej dopiero w końcu 2005 r., gdy zaproponował mi, bym pokierował Biurem Edukacji Publicznej IPN. Ponad trzyletnia – bardzo bliska – współpraca i wcześniejsze sporadyczne kontakty pozwoliły mi rozpoznać wielkość Janusza. Był przede wszystkim wybitnym historykiem. Jednym z najlepszych, między innymi dlatego, że był badaczem renesansowym; potrafił doskonale łączyć w sobie pasję mediewisty, znawcę czasów nowożytnych, jak i dziejów najnowszych. Doktorat i habilitację zdobywał zgłębiając tajemnice wieków XV–XVII, a jednocześnie przez wiele lat tworzył wokół siebie wspaniałe środowisko historyków upamiętniających „żołnierzy wyklętych”. Był redaktorem naczelnym „Zeszytów Historycznych WiN”, jednego z najlepszych periodyków naukowych w Polsce. Z tym dorobkiem zaangażował się w prace Instytutu Pamięci Narodowej, najpierw jako dyrektor Oddziału IPN w Krakowie, a od końca 2005 r. jako szef całego Instytutu. Moje pierwsze z nim kontakty i spotkania w gmachu głównym IPN uzmysłowiły mi od razu, że będę miał do czynienia z szefem wymagającym, a jednocześnie niesamowicie kompetentnym. Brzmi to może banalnie, ale proszę pamiętać, że IPN to instytucja – delikatnie mówiąc – wielobranżowa. Pion śledczy z prokuratorami przygotowuje dokumentację pozwalającą na opracowanie aktu oskarżenia przeciwko ludziom, którzy stawali w latach 1939–1989 w poprzek polskim dążeniom niepodległościowym. Pion archiwalny zajmuje się gromadzeniem, porządkowaniem i udostępnianiem ponad 90-kilometrowego zasobu aktowego, samo BEP to z jednej strony placówka badawcza, z drugiej wystawienniczo-edukacyjna, w końcu wydawnictwo naukowe stojące na bardzo wysokim poziomie. A jeszcze w trakcie Jego kadencji pojawił się kolejny pion – lustracyjny. W IPN pracuje kilka tysięcy osób. Janusz, jak nikt inny, doskonale ogarniał całość prac Instytutu, panował nad nim i nad wszystkimi polami jego aktywności, a jednocześnie potrafił zadzwonić do „najmniejszego” specjalisty pracującego w jednym z Oddziałów i przekazać mu swoje polecenie, by napisał stosowny artykuł, i przypomnieć ostatnią rozmowę. Jego wszechstronność i błyskotliwość widać było choćby podczas posiedzeń sejmowych czy senackich komisji, kiedy to przez kilka godzin potrafił odpowiadać na wszystkie pytania obejmujące kwestie śledcze, naukowe, lustracyjne, ale także konkretne przypadki, książki, artykuły, które wyszły z logo IPN. Było w tym coś fascynującego, gdy podczas cotygodniowych narad kierownictwa potrafił w ciągu godziny omówić kilkadziesiąt spraw, podjąć tyleż samo albo i więcej decyzji. W jego rękach cały czas pracował miecz Aleksandra Wielkiego, przecinający węzły – wydawać by się mogło nie do rozplątania.
Był człowiekiem niezwykle silnym, opanowanym. Potrafił być uroczym, ale także groźnym szefem wobec swoich pracowników, niezależnie od ich miejsca w strukturze urzędu. Chciał być i był gospodarzem Instytutu Pamięci Narodowej, który to urząd – pod Jego kierownictwem – stał się jedną z istotniejszych instytucji polskiego życia społecznego i politycznego. Po tej ciężkiej pracy teraz odpoczywa i z bliska ogląda Pana Boga. Po ludzku za wcześnie, ale Stwórca tak chciał.



Prof. UKSW dr hab. Jan Żaryn, ur. 1958, pracownik naukowy Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, od 2000 r. pracuje w Biurze Edukacji Publicznej IPN, w latach 2006–2009 był dyrektorem BEP IPN, w latach 2009-2010 był doradcą Prezesa IPN.

Roksana Szczypta-Szczęch

Joanna Karbarz, Marta Superson, Roksana Szczypta-Szczęch, Marzena Szczygielska

Wykładowca


Profesor kilkakrotnie, w różnych sytuacjach powtarzał nam, że musimy być „twarde”, nie możemy się załamywać i poddawać, musimy walczyć. Nie sposób dziś nie zauważyć, że swoim zasadom pozostał wierny aż do końca.
Profesora poznałyśmy w czasie studiów, w 2003 r. Wtedy jeszcze nie był znanym z mediów Prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, ale kierował jego Oddziałem w Krakowie. Był także wykładowcą w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej (dziś Państwowa Wyższa Szkoła Wschodnioeuropejska) w Przemyślu.
Zajęcia z nim odbywały się co dwa tygodnie. Na pierwszym roku wykładał historię średniowiecza – powszechną i Polski, ponadto prowadził konwersatoria z historii powszechnej, a później wykłady z historii ustroju i administracji Polski. Omawiając zagadnienia, często spacerował z przodu sali, w skupieniu patrząc w przestrzeń. Wyglądało to tak, jakby ze ścian i przedmiotów odczytywał swoje myśli. Od czasu do czasu spoglądał do drobnych notatek, swoistego harmonogramu wykładu, dyscyplinując samego siebie. W szerszym gronie, podczas wykładów bardzo rzadko dopowiadał kilka słów o swoich doświadczeniach. Jeśli już tak się zdarzyło, to zawsze w kontekście tematu zajęć. Miał zwyczaj przerywać swój wywód i zobowiązywać słuchaczy do odpowiedzi na zadawane przez niego pytania. Ad hoc wywoływał kogoś z sali do mapy. Zanim wskazał osobę, na kilka sekund zamierała cała sala. Wskazówki dla szukających były dość lakoniczne: niech pani szuka po brzegu. Raz poszukiwania stojącego przed mapą, a tuż za Profesorem studenta, „przedłużyły się”. Pod koniec zajęć, wstając z krzesła, Profesor spojrzał na kolegę z lekkim zdziwieniem i z uśmiechem zapytał: Pan tu jeszcze stoi?
W czasie konwersatoriów oddawał głos studentom. Uczył krytyki i analizy źródła historycznego. Imponował nam wiedzą i inteligencją. Cenił sobie merytoryczny dialog. Kiedy jedna ze studentek przedstawiła inną interpretację tekstu źródłowego, wysłuchał, przemyślał, po czym stwierdził, że nowe spojrzenie jest godne uwagi.
Egzaminy zawsze miały formę spotkania twarzą w twarz, w obecności świadków – Profesor i trzech studentów. Egzamin z historii średniowiecza Polski i powszechnej dzieliło tylko kilka dni. Na obydwu dostałyśmy pierwszą porządną lekcję wychowania ze strony Profesora. Pierwszy z egzaminów obejmował materiał z historii powszechnej. Jedna z nas go nie zdała i w czasie wpisywania oceny zalała się łzami. Profesor wyszukał i podał chusteczki. Wtedy też po raz pierwszy, z całą powagą powiedział: Musicie być twarde. Nie możecie się załamywać. Trzeba zawsze pokazywać swoje mocne strony. Na następnym egzaminie kolejna z nas, trzech wspólnie egzaminowanych, wyszła z dwóją w indeksie. Łzy tym razem nie popłynęły.
W czasie roku akademickiego, widywałyśmy go także jako członkowie Koła Naukowego Historyków Studentów, którego został kuratorem, a funkcję opiekuna na co dzień sprawował Grzegorz Klebowicz. Profesor przychodził często do siedziby Koła i wtedy też dawał się poznać z nieco innej strony niż tylko wykładowca. Dopytywał się o warunki w miejscu zamieszkania, związane z tym kwestie finansowe, jak również o zaopatrzenie bibliotek przemyskich i możliwości dotarcia do literatury przedmiotu.
Gdy Koło w Instytucie Historii zainicjowało spotkania otwarte z udziałem ludzi nauki, Profesor zainaugurował je, będąc pierwszym gościem. Wspólnie wybraliśmy temat: Średniowieczne korzenie Europy. Czy dzisiejsze społeczeństwo stara się o nich zapomnieć? Choć idea tych spotkań nie była skierowana tylko do historyków, nawet w tych okolicznościach Profesor postawił uczestnikom wymagania. Podyktował nam literaturę – jak podkreślił – niezbędną do uczestniczenia w dyskusji. Było to sześć książek, liczących w sumie ponad 2000 stron.
Z końcem drugiego roku studiów licencjackich, w atmosferze tlących się w głowach pomysłów co do tematów przyszłych prac dyplomowych, podał nam swoją pomocną dłoń. W czasie wakacji zainicjował kilkudniowe spotkanie ze ś.p. Andrzejem Zagórskim, żołnierzem AK Obwodu Przeworsk. Był nawet gotów pomóc w znalezieniu miejsca na czas pobytu w Krakowie. Dzięki niemu docierałyśmy do kolejnych osób, których relacje dopełniły obraz przeszłości i pozwoliły go skonfrontować z wcześniejszymi ustaleniami.
Jako promotor prac licencjackich stawiał wysokie wymagania i wzbudzał poczucie obowiązku wypełnienia powierzonego zadania. Wskazując źródła, jakie powinniśmy przejrzeć, aby opracować tematy prac, okazał się maksymalistą. Wiedziałyśmy o tym zresztą wcześniej, bo niejednokrotnie dawał temu wyraz na zajęciach. Czasem trudno było dotrzymać nadanego tempa pracy.
Spotykaliśmy się na seminarium co drugi piątek. Był to czas prezentacji wykonanej pracy, referowania, a jednocześnie stawiania pytań dotyczących specyfiki źródeł oraz rozstrzygania problemów, jakie napotykaliśmy w trakcie kwerendy archiwalnej. Profesor spokojnie odpowiadał, ale też pytał. Dociekał, czy skrupulatnie przyglądamy się dokumentom. Uczył, na co należy zwracać w nich uwagę i jak interpretować poszczególne zapisy. Słuchał uważnie i doradzał. Uczulał, by nie przyjmować za swoje ustaleń innych badaczy, starać się je weryfikować. Był wrażliwy na punkcie konstrukcji rzetelnego aparatu naukowego, dokładnej analizy źródeł i nade wszystko kładł nacisk na pisanie zgodnie z prawdą historyczną. Był wymagający, ale też wymagał od siebie. Potrafił docenić pracę i włożony w nią wysiłek.
Miał w sobie wiele energii, zapału, którym potrafił zarażać. Był nietuzinkową osobą i wybitnym historykiem. Na uczelni niejednokrotnie określano Go mianem człowieka orkiestry – miał mnóstwo obowiązków jako dyrektor Oddziału IPN w Krakowie, dyrektor Instytutu Historii PWSZ w Przemyślu, kurator tamtejszego Koła Naukowego Historyków Studentów, wykładowca, wreszcie mąż i ojciec. Postawą i osiągnięciami wzbudzał szacunek. Pamiętał o wielu ważnych i tych drobnych sprawach.
Profesor jako maksymalista potrafił stawiać wymagania, które w wyznaczonym czasie wykraczały ponad realne i obiektywne możliwości. W tym przypadku trzeba było stosować różne wybiegi, by Go przekonać do swoich racji. Niektórzy do Jego wad zaliczali nawet patriotyczną postawę i upór. Bez tego wszystkiego jednak nie byłby tym, kim był.



Joanna Karbarz, ur. 1982; Marzena Szczygielska, ur. 1983; Marta Superson, ur. 1983; Roksana Szczypta-Szczęch, ur. 1983; w latach 2002–2005 studentki Instytutu Historii i Archiwistyki Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Przemyślu, w latach 2004–2005 seminarzystki prof. PWSZ dr hab. Janusza Kurtyki.

wSPOMNIENIA

Janusza Kurtykę poznałem

przed trzydziestu

ponad laty, w 1979 r.

On zaczynał właśnie

studia historyczne na

Uniwersytecie Jagiellońskim,

ja byłem wówczas na trzecim ...

Więcej ...